Fioletowa królowa: światło, listopad

 

Prawo jej warg, kolorowych, niezliczonych:

obcałujmy świat, dokonajmy palet.

Prawo jej stóp (są!):

wykonajmy taniec rozpraszania palet.

Prawo jej wiatru: ja to poprawię, rozsunę,

rozpryskam dokładniej

i nakryję powodzią szeptu,

a sam się przebiorę w kształty

przywiane z innych kontynentów –

w wielkie ostre kły (zza węgłów),

w wielkie rozmiotane żółte zebry (w kruche fale powietrznych plaż),

w słonie z mocnych chust (narzucane na przechodniów).

Pobawię się w odgłosy wojny na dachu,

                                          w kominie, w antenach.

I w rozsiewanie suchych ceglanych win z roztartych naczyń.

I w pomieszkiwanie w ludzkim uchu,

i w przesuwanie ku niemu oka,

w przemianę kości policzkowej w ucho.

We wszywanie człowieka w łopoczącą chorągiew,

bardzo ciemną.

 

Złotym karłem bądź, upakuj się w jej tron,

przedłuż jego szkielet,

tocz się.

 

 

Ty mów, królowo

 

To jest moja Ziemia, mój Księżyc. Moja strefa.

Jestem poddaną koncernu wiadomości

barwnej, strasznej baśni, która dzieje się mocami ustaw.

Jej prysznice powlekają trupem,

komentarze są zadaniem popełniania samobójstw,

wanny brudzą krwią.

Jestem poddaną Boga, który opowiada niebo jak baśń.

Bo ma usta z nieba. Bo ma ręce, stopy i głowę z nieba.

Cały jest niebem.

Niebo jest czyste

i wydziela własne powietrze –

czystych aniołów o uskrzydlonym oku.

I są tu chłopcy, przez niebo opowiadani.

Najpierw butni, ciemni, niebezpieczni,

a potem lekcy i lotni. Bo się poddają

władzy czystych aniołów o uskrzydlonym oku.

To uskrzydlone oko człowieka stwarza.

Albo przytroczeni do rączych wierzchowców swej historii

do ciężkich skrzyń swej historii, chrzęszczą tlenem ze złomu.

Ten tlen człowieka stwarza.

Jestem poddaną tej historii.

Dziś wyczułam pod palcami moje oczodoły.

Nigdy przedtem tak się nie namacywałam.

Jest tam uśmiech, który się pogłębi.

Ten uśmiech, pogłębiony, ustawiczny, człowieka stwarza.

Drobna. Horyzontalna. Biała. Biała klawiaturo podziemi.

Słyszę muzykę wewnątrz twarzy, gdy dotykam białej

klawiatury podziemi pod oczodołami. Dźwięczy piach,

trochę jak filc fajansowy.

To jest moja Ziemia, mój Księżyc. Moja strefa.

Jestem tu poddaną

białej klawiatury.

To jest moja Ziemia, mój Księżyc. Moja strefa.

Gdybym miałam korzenie, nie mam korzeni, stworzyłabym alfabet.

Gdyby miała alfabet, nie mam alfabetu, stworzyłabym schody z poręczami.

Gdybym miała już schody i poręcze, nie mam schodów ani poręczy,

wspięłabym się. Gdybym już się wspięła

                                             Nie mogę się wspiąć,

nie mam korzeni.

Jestem poddaną tego braku.

 

 

W powietrzu są źródła i odwierty,

 

tędy tryska wiatr, głowa i rower.

Jesteś duży ptak, co świszczy.

I ładny mocny gwóźdź, co ostro paruje,

jak z dzióbka czajnika w sam środek rozchylanego bukietu,

co mimo wszystko siecze.

 

Przez wieżowce drzew pobocza – gdy tak śmigasz,

to co jakiś czas któryś płonie.

 

Teraz łagodny kielich pochylasz – i popychasz twarzą.

 

Teraz przez las, co gałęziami neutralizuje posiekane słońce

(przez pejzaż z ognistymi gwiazdami –

jak z wyszczerzonych z butelek).

 

Tak, to wielka prawda:

twoje milczenie mogło się wygadać

jak we wnętrzu wiersza, błahego, o czymś pospolitym,

ale czutego żywcem

 

 

Miły toast

 

Za twoją niepaństwową niepodległość.

Za miękką konsystencję twoich tras i bieżni.

Za nieobecność prochu w ścianie twego domu.

I za to, aby w tobie żył

największy i najmniejszy człowiek.

 

Za kiść winogron, za bezwładną kiść umierającego

i za sprężystą dziś narodzonego,

abyś się ujrzał jako wielokrotna kiść

i abyś umiał żyć, śnić, iść ze sobą tak mnożonym,

i abyś tak pomnożył wielu.

 

Za drewno starca, ku któremu pędzisz,

aby nie bolało całe,

gdy dni ślepo i ostro weń wejdą,

jak gwoździe pod młotkiem,

bo twoje dni już nie będą ci sprzyjać,

będą osaczać,

zalegać w ciele, aby gnić i rdzewieć.

Za twój kurz –

za szarą zacierkę twoich starych dni.

I za drzwi, które na pewno się otworzą.

A jeśli dzisiaj jesteś darnią,

to abyś wrósł i wzmagał rześką zieleń.

 

Za ciebie, wiosno, abyś się powtarzała w porę

i nie w porę, a zawsze w porę w życiorysach.

Za twój życiorys, aby długo ozdabiał wszystko,

co związane z tobą – rozmowy,

a potem wspomnienia.

 

I abyś zechciał śledzić,

jak jest obecne to wszystko, co już było.

i abyś to wszystko, co już było, zechciał zjeść, wypić,

zagrać, wytańczyć,

odpędzić, kopnąć, skuć temu mordę i opluć.

I abyś nie namawiał nikogo do udziału w tej pracy i sprawie.

Rób to sam,

bo jesteś wolny, a wolność to odwaga osobistego kroku.

Za twoją umiejętność chodzenia, aby krok odkrywał,

aby odkrywał i przeżywał.

Jeszcze raz za twój życiorys,

aby ozdabiał, co związane z tobą – rozmowy,

a potem wspomnienia.

Jeszcze raz za twój kurz, aby rozweselał,

abyś ujrzał w nim wróbla, co piszczy jak mysz,

i mysz z dzióbkiem i upierzeniem wróbla,

i za żywe w nich chrząstki twoich starych dni.

 

Za twoje wojny, aby ich skutkiem było wskrzeszanie wielu.

Za koronkę zimy,

aby się powtarzała tylko przez biel, bez śladów krwi.

Za dziewczyńskie kształty jej pierwszej zamieci.

 

Za dziewczyńskość.

 

Za koronki, falbanki, dużo wdzięku i nonszalancji tuż przy tobie –

za te formy przykrótkie i w nieustannym ruchu wydłużeń ku tobie.

Za pomnażanie się przez fatałaszki niekłopotliwych pejzaży tuż przy tobie.

Za to, abyś umiał jednakowo ważyć chłód i oparzenie. I abyś cenił

namiętności niewinne. Aby cię pomnażały pejzaże niewinne.

Abyś się pomnażał przez fatałaszki lekkich spraw.

Za nieustanną świeżość fatałaszków

twoich lekkich spraw.

 

 

Kwadrat

 

Jestem twoje gardło.

Kolor twojej skóry.

Co za głos? Ty to kto?

Po co pytasz, gładko jak z tubki,

wykształcona skóro?

Tu krzyczą z tubki.

Z węża na wodę.

Ze złego źródła.

Czasem z dobrego.

Biegną.

Ktoś z rozpędu uderzył w ciebie

i upadł albo przewrócił ciebie.

Niedosłownie wiele razy.

Dosłownie w dzieciństwie,

kiedy upada się miękko.

Miękkich upadków gęstniejące chaszcze, i nic.

Pamiętasz?

Tędy biegło twoje ciało.

Przed siebie z wiatrem, po nic,

po radość.

Z kołowrotkami pod pachą

małoletni szczęśliwy pilot.

A wiatr nagle się odwrócił i wyrwał oddech,

i natychmiast zwrócił na wylot.

Ale tutaj jedno o drugie się łamie.

Jedno drugie wywleka ze sprawy

i zliże.

Sprawę i ciebie zliże.

A życie to zawsze wołanie o drugie tyle.

U dzikich zwierząt smakujesz dosłownie.

Kto ty jesteś?

Ja!

Kto ty jesteś?

Rozwiewam kurtynę ostatniego dnia,

By wpuścić pierwszą wieczną noc.

Jest taka pierwsza.

To czucie wejścia.

Kto ty jesteś?

Zmieścisz mnie z kwadracie Malewicza.

Nie zawracaj głowy skalą jego czerni.

Nic – ono zawsze jest dowolnie ogromne.

Gdziekolwiek ten kwadrat przypomnisz,

wykroisz z czegoś ziemskiego, z tektury, masz mnie

w całości.

A więc jestem Prawdą Prawd.

Innej tak potężnej Prawdy nasza Ziemia nie ma.

Niezaprzeczalność to ja:

czucie Prawdy Prawdą jest.

 

 

I

 

I ty cień wąski, linia rozmiękła,

ty ciężar:

ty lekkość ciężaru słupa.

I ty cień ramion – z zygzaków

i dwóch grzebieni –

małe,

jak twoje:

ty lekkość ciężaru drzewka,

które wciąż idzie w jedną stronę

i nachyla bezlistną twarz,

i wtedy te dwa grzebienie

kark zamiatają.

I pod knajpianym zadaszeniem

na stole – blokowy cień mężczyzny,

który siedzi w prostokątnym czarnym garniturze

jak w głuchych wrotach

i nogi trzyma w czarny schód,

jakby je łamał o budę cienia stołu.

I jego torba, w tygrysie paski,

bez cienia w jego cieniu – dysonans! –

                                                                toż to kot!

skomplikowany, pozwijany

w okrągłe czujne spanie:

złoty stromy kaptur w oku, wystrzelone ucho,

i ten wąs – lśniące zero zza węgła

granatowym atłasem kaligrafowane.

I rozognione berety kwitnącego krzewu,

z jednej strony, jak spadające ze stołu talerze

wraz z obrusem,

z ciemną zielenią, porwaną, brudną,

albo jak rozpryskane tyły uciekającego autobusu,

z karminem talerzy w ogonie z fioletowego maku.

(Jakże ostro zakrwawiło słońce –

ostro i odrębnie –

tę zjednoczoną roślinną głowę).

 

 

Zgodnie

 

Wylewane – nieprzerwanie – z wiadra i butelki:

dwa jasnawe korzenie ciemnego (miłego) monstrum wierzby,

a oba jak ta sama mina – dorosłego i dziecka

na beztroskim spacerze,

z uśmiechem obejmującymi i pierś, i kolano,

z podbiegnięciem uśmiechu, zawracaniem uśmiechu,

krążeniem uśmiechu wokół upatrzonego na jutro

miejsca,

z kopnięciem uśmiechniętym butem

tego samego kamyka może.

Raz ty, raz ja.

 

 

Coś jest, znak wodny,

 

jak ten chwiejny zarys

fal na skorupie małży – na półce z książkami.

Zwykle się nie pamięta, skąd się coś takiego ma.

Podobną zleżałość widać w brzegach starych grubych ksiąg,

 

i w płowych włosach, ciężkim kosmyku

przesączonym ciekłą perłą, która już zastygła,

a trącona koniuszkiem palca

rozpada się,

a tak się rozpada, jak się myśl rozpada (ta dobrze

ułożona, ciesząca): na nic istotnego.

                                 Jest głębsza rysa: ziemia pęka i człowiek pęka.

 

Spokój zamkniętego oka, powiek obu.

Ogromna ciemność na twarzy jest lekka.

Co zostało skwitowane i nie jest raną

też tak leży – na sobie, mile obojętnie.

Jest dobra para kluzy dla podróżującej twarzy:

                                   maska otwiera oczy i twarz otwiera oczy.

 

Dziś nic się nie stało, oko przepłynęło po ścianie,

a za nim oko duszy, potwierdzające mocniej.

Oba nagle, niemal jednocześnie otwarte,

bo zabłądzone w głupi kąt,

który obdarza niespodzianką – świątecznym nastrojem.

 

 

Stary

 

Stary ścienny zegar

z tyczką krawata z nadzianym słońcem, w regularnym

przewiewie,

albo pracujący pępek –

wyjęty, wypieszczony,

jak lekko wzdęte biszkoptowe ciastko

z oszczędnym lukrem –

i okazane zezowi twemu,

i śledzić musisz badawczo –

przez chwilę, żeby rzecz

przeinaczyć:

                                to jest niemal człekokształtny

stary zegar ścienny, duży,

rozmiata metodycznie delikatnie przód czasu.

Czas wszędzie ma tylko przód.

Też tak samo się ściera,

bębniąc śliską pieczątką – – – –

I jest to wykonalne.

Nie tylko w głębi zwabionego słowa.

I nie chodzi o oryginalność.

O prawdziwość chodzi.

O rzeczowość słowa.

(Julio: „Język znika i staje się obecnością rzeczy”;

ależ tak – grabie frazesu rzedną, gubiąc zęby).

Stary zegar ścienny został

w starym domu.

Nie odwiedzacie się już.

Lecz – zaczynasz od początku:

                                masz przed sobą dwa słońca

w starym ściennym dużym zegarze,

a one się widzą, kiedy pępek się ustali,

kiedy zajdą na siebie dwa słońca

jednej gili,

kiedy miejsce pobytu jest – było – obecnością

człowieka i jego chwili,

kłusującej sekundy – – – –

Zatrzymujesz pępek, bo możesz z oddali,

a czynisz to poprzez cud pamięci,

wyłamanie się z czasu – – – –

Jest to wykonalne!

Witaj, nieruchomy pępku.

I od początku:

                                stary ścienny zegar, nieelektroniczny,

to jedno to drugie zaświeca oko,

w spokojnym tik-tak,

sugestywnym:

potem te gałki (szczypane falą, marszczone

jak pismo arabskie) słyszysz:

słyszysz:

przecież tylko widząc –

słyszysz

w rzece.

                                  I rzeka tyka, i ławka tyka.

Zwlekasz z odejściem.

Do domu – – – –

Bo dokąd.

Dom nie jest elektroniką.

I uspokaja poczucie, że dom nie tyka,

ale coś w nim dźwięczy, skrzypi jak w lesie.

To jak w poezji: dzikość, samotność, niezgoda, zgoda

(nieobojętność),

zmęczenie, łagodzone drzemką,

poduszka marszczona w uchu jak pismo arabskie,

obecność papieru jak siostry – dzikość współczesna

wśród maszyn elektronicznych,

i dzikość atramentu, fioletowego kleksa,

i dzikość odręcznego rysunku i pisma,

i dzikie nagłe spojrzenie księżyca –

ta nagła żywa chrząstka oczodołu

w zamazanym obłupionym kartoflu:

ogłuszające przez dzienną szybę –

śmieszące tyk!

z Joyce’a

i nieelektronicznego kosmosu.

 

 

Niezdarny wiersz zamiast spisu treści:

 

Nieskończoność to jak grzebień.

Grzebień.

Pierwszy i jedyny rząd.

Jakkolwiek obrócisz,

będzie prawdą, że to tylko przód

i przód.

 

Pierwszym rzędem dusza siedzi.

Nic wielkiego, odpoczynek od dłoni.

Patrzy na scenę. Może wbita

w piach.

Oparta o kamień.

W rzadkiej trawie, równej wzrostem.

I pierwszym, i jedynym ruchem jest spokój widza.

Tępymi, chudymi, wysokimi zębami

patrzy się bezboleśnie.

Błoga przewiewność widoku.

Paski świata to. Nie ludzie.

Nic bocznego. Dalekie wszystko.

Bezzębne niebo, wzdęte pismo

w krótkich pionach, słowik z żaglem,

przekwitająca dzika grusza spluwa białą falbanką,

za lekko,

piony są krzywe, chcą kołować

niemal intymnie, osobiście po sukni,

podwiewanej,

niby najcichszym pytaniem,

zawsze podwiniętym jak psi ogon,

i nie wiadomo, przed kim: po co żyję?

A oparciem nie jest lecący kamień,

umyślnie lub przypadkiem.

Dusza się nie uchyla. Jest.

 

Miej więcej uwagi.

Scena idzie.

Szeroka jesień, deski roześmiane kroplą, zbłąkaną

jak do ucha warga,

intensywnie niski koniec lata,

rumianym żółtym czołem najwyższa gałąź bije w ziemię,

syte pole, już niczego nie chce,

zasnąć,

losy, za ręce, rozdzielane,

los, chce mu się wyć.

 

Wstań. Idź.

Dusza idzie,

wyłącznie twoja,

i wiele czesze, wiele uruchamia,

z trawy wypędza wole ptasie,

ze zwartych drzew wyrywa cudze okno,

a w nim kamieniem jajo kwitnie,

a kamień jajem wielokrotnym,

uderzające blaski

wypukłe, a nie wychylone –

nie wypuścić błysku śmiałka, śmiałych czół,

to zasada szyby.

 

Za plecami było coś.

Cały los.

Z przodu indywidualna droga

nie ma jeszcze śladu – – –

prowadzi cię mgnienie – – –

i twoją twarzą łata szybę za szybą.

 

Stój. Popatrz głębiej wyżej niżej.

Nic nie zobaczysz, ale poczujesz.

Jak w kamieniu świński ryj,

a hrabina w róży – tak to leży.

Skrojone na miarę.

I w zmienności widzialnej nie ulega zmianie.

Kiedy gwiazda krzesze się pod strugą deszczu

w betonie, i podskakuje kałuża,

i oczodół pod rynną podskakuje,

tamto leży.

Wewnętrzny krój.

Przygotowany na każdą porę.

Przewlekła sztywność,

wszystko wie, choć nic nie umie.

A jednak byłość i potencjalność to –

w najwyższej formie.

A to tylko przód

i przód.

Kuba i Szymon

Karolina

można zobaczyć kogoś w oczach osoby trzeciej. mówisz przez telefon osobie 1, by puściła dobrze znaną osobie 2 piosenkę i nie chodzi wcale o iskrę z uniesionych oczu osoby 2, ale o uwięzienie osoby 1 w wieeeeeeelkim snopie światła.

Julek