Wiersze pochodzą z tomu Come on All You Ghosts

Z angielskiego przetłumaczył Szymon Kowalski.

Schwinn

 

Nienawidzę wyrażenia „życie wewnętrzne”. Mój strych rani

i chciałbym opuścić komitet do spraw

nazewnictwa huraganów. Czy pamiętasz

jak łatwo i smutno było być młodym,

określanym przez nasze rowery? Mój pierwszy

był żółty, mimo że nie był to Black

Phantom czy Sting-Ray, a jedynie Varsity,

ukochałem to popołudnie, gdy nagle zniknął,

goniąc z ojcem na próżno jego pszczeli błysk

po sąsiedztwach. To jak bycie nuklearną

rodziną w telewizyjnym programie całkowicie

nietkniętą odległą wojną. Wróciliśmy wtedy

do zielonego salonu, by obejrzeć jak No Names

zatrzymują nasz Over the Hill Gang pod

jednolicie chromatycznymi, pokonanymi

wodami Super Bowl. 1973, rok złapanej Muchy

w moim Jell-O. Rok Wyborczego Budynku

na K Street NW, gdzie kilka pomniejszych firm

prawniczych dumnie łączy się ze Związkiem Rzeźników

i Wędliniarzy. Ciemna dłoń nawiedza

mojego ojca we śnie, wędruje w górę

kręgosłupa, by dotknąć jego migdałów. Nigdy

nie poznam ani jednej rzeczy, którą ktoś coś czuje,

ledwo to, co o niej mówi, dlatego stoję

dokładnie tutaj, pokryty wstydem i błyskawicami,

robiąc to, do czego zostałem powołany.

 

 

Automatyczna Maszyna Żalu

 

Mój przyjaciel i ja oglądaliśmy telewizję

i śmialiśmy się. Nagle zobaczyliśmy

białe litery zaczynające pełzać

wzdłuż dolnej krawędzi ekranu.

Ludzie unosili się na drzwiach i trzymali

duże kawałki kartonu

z numerami telefonów nabazgranymi

czarną farbą, bojąc się helikopterów.

Burza nadeszła bardzo gwałtownie,

ale teraz już minęła.

Widziałem, jak jeden aluminiowy dach rozbłysnął

na słońcu, mógłby wtedy poparzyć

stopy każdego, kto usiłowałby na nim czekać.

Moja przyjaciółka do tego czasu zdołała

przybrać na twarzy znajomą maskę

życiowego dystansu. Pomyślałam

o bardzo dużym żółtym domu

z drugiej połowy mojego dzieciństwa, gdy przez okno

mojej sypialni mogłem wyciągnąć

rękę ku górze i dotknąć

gałęzi wiązu. Latem w nocy

słyszałem zgrzytanie

kilku błędnych cykad, których czasomierze

tragicznie się rozregulowały.

I ochrypłe, szkliste wołanie

czarnej amerykańskiej wrony.

Chociaż jestem już co najmniej w połowie

mojego życia, część mojej duszy

nadal tam mieszka, myśląc, że wkrótce

zejdę do pokoju, gdzie mój ojciec

ostrożnie kładzie palce na strunach gitary,

którą kupił kilka lat przed moim narodzinami.

Podnosząc głowę, uśmiecha się

i wykonuje niejasny gest ręką, przekazując

wiele sprzecznych rzeczy.

 

 

Wiersz (dla Grace Paley)

 

Ludzie mówią, że nie rozumieją poezji.

Chodzi o to, jak powinniśmy postępować. Być

niezwykle opanowani. Śnić ostrożne sny.

Ludzie mówią, że prowadzimy spokojne życie, zagubieni

w lesie zaimków, pogrążeni w śnie na tysiąc lat.

Ludzie mówili, że jego żona przebiła go

strzałą z dymu. Ludzie mówią, że cokolwiek

robisz, nie łap podwózki na grobie.

Ludzie mówili, że to wówczas była przyszłość, a my

lubiliśmy wpadać w lustra. Ludzie mówili, że nigdy

nie żałowaliśmy, że nie mogliśmy podróżować oboje

i być jednym podróżnikiem. Ludzie pytali,

jak to było. To było jak terminal lotniczy

bez telewizorów. Jak długie czekanie

na nadejście drzwi. W Wyjętym spod prawa

Josey Walesie Wódz Dan Jones mówi, że

cukierki nie są do jedzenia, tylko do patrzenia

przez nie. W 1981 roku spiker powiedział, że Ralph

Sampson jest tak wysoki, że mógłby sięgnąć

i dotknąć Urana. Miałem trzynaście lat, Ziemia

była kanapą, bez irytującego sięgania

po fakty lub przyczyny, włożyłem tysiące

Sweet Tarts do ust. Pięć lat

później ktoś powiedział, że widzieli Diane P.

całującą dziewczynę w samochodzie i uderzyli

w okno po stronie pasażera,

a ja się roześmiałem i od tego momentu wszystko

potoczyło się tak, jak to mówią ludzie, z górki, co oznacza,

że do tej pory płynąłem z nurtem,

ale od tej jednej chwili, Grace, przysięgam,

nigdy więcej nie będę płynął z nurtem.

 

 

Kieszeń

 

Lubię słowo kieszeń. Brzmi nieco niebezpiecznie

w swoim bezpieczeństwie. Jak wiedza, że kupiłeś kiedyś

czołówkę na wypadek, gdyby podczas katastrofy

zgasły światła. Założysz ją na głowę,

a twoje ręce nadal będą wolne. Albo

bycie w lesie i gapienie się na zdjęcie

z książki o roślinach, jedząc przerażająco wyglądające dzikie kwiaty.

Słowo kieszeń sprawia, że czuję się potencjalnie,

lecz jeszcze nie do końca zajęty. Przygotowuję się

do ważnych przemyśleń. Myślę o mojej kieszeni.

Która ma swoją własną szczególną geologię.

Może wiesz, o co mi chodzi. To znaczy,

że zasadniczo wiem, co się w niej znajduje,

jestem nawet w stanie wymienić jej wszystkie przedmioty,

lecz są też w niej inne kawałki i fragmenty wykonane z rzeczy,

które mogą nie mieć nawet nazwy. Tylko naukowiec

mógłby to rozgryźć. Ale dlaczego naukowiec miałby to robić?

Powinien czy powinna leczyć choroby mózgu

lub upewniać się, że nie uderzy w nas asteroida.

Uważajcie, naukowcy! Dzisiaj stopa bezrobocia

wynosi 9,4%. Nie mam pojęcia, co to właściwie znaczy. Próbowałem

przez chwilę zastanowić się nad tym głębiej. Potem

spróbowałem przyjąć postawę tajemnicy

i niewiedzy wobec świata.

Co jest akurat moją pracą. Podobnie jak wpatrywanie się

w ogród i wiara przez sekundę, że faktycznie

wznoszę się ponad siebie. Co jest chyba

tym, co obecnie łączy mnie z tobą.

A teraz kładę rękę na tym

bardzo zakurzonym stole. I strzepuję

kurz. A teraz odwracam wzrok

i po raz ostatni myślę o mojej kieszeni.

Tym razem myślę o jej ciemności.

Jak dno morza. Ale bez ślepych

fluorescencyjnych stworzeń pływających

wokół czarnej skrzynki, która wraz z

olbrzymim grzmotem i ogromnymi odłamkami

metalu z samolotu zatonęła i osiadła

tutaj, gdzie spoczywa, radośnie piszcząc.

 

 

Dzień Lampy

 

Przez cały dzień czułem, że dziś jest święto,

ale kalendarz jest pusty.

Być może to Dzień Lampy. Jest taka

jedna malutka, którą tak bardzo kocham,

że zabrałem ją ze sobą wszędzie,

mimo jej poluzowanego włącznika.

Na jej porcelanowym kloszu namalowane są

maleńkie czerwone kwiatki, niewątpliwie

przez kogoś, kogo starannej

ręki nigdy nie poznamy.

Ponieważ jest Dzień Lampy, próbuję

przypomnieć sobie, gdzie ją zdobyłem,

być może czekała na mnie

w domu przy Summer Street,

do którego wprowadziłem się niemal dokładnie

17 lat temu. Myślę, że

bez żadnego namysłu podniosłem ją

z podłogi, położyłem na moim

biurku, podłączyłem

do gniazdka i od razu

zabrałem się do pracy. Tak wiele

wydarzyło się od tamtej chwili.

Z okazji Dnia Lampy staramy się

nie marzyć, ale systematycznie

przypominać sobie to wszystko. Robię to,

myśląc o ukrytych

przyczynach, przez które kocham jakąś

niewielką rzecz. Kiedy podejmujesz

szereg ostrożnych kroków,

aby rozwiązać złożony problem,

matematycy nazywają to algorytmem.

To jak przechodzenie przez

szereg pokoi, w których każdym z nich są

dwoje drzwi, musisz wybrać jedne,

nie możesz się już zawrócić. Zaczynam

od siedzenia na ławce w słońcu

21 września, myśląc o wszystkich

spacerach, które odbyłem

we wszystkich miastach, które wybrałem,

by w nich żyć lub odwiedzać się z ukochanymi osobami,

samotnie tworzyć nasłonecznioną

i deszczową mapę, której nikt

nigdy nie będzie w stanie utrzymać.

Czy to ważne? Tak i nie.

Teraz patrzę

na czyste metalowe dźwigary.

Ludzie przechodzą obok

hotelu, którego jasne

szyby spokojnie odbijają

wszystko to, co złe i dobre.

Niebieskie buty. Jasne szyby.

Goście w danej chwili. Dziecko

przechodzi przez kałuże

pełne energii, wyraźnie czując siłę.

Jestem podłączony. Jestem spokojny.

Dzień Lampy ma swoją nazwę.

Tak jak ten kubek,

który w jakiś sposób wdarł się

do mojego życia i ku któremu

czasami z własnych powodów

podąża moja ręka.

Widnieje na nim jedno

słowo: Omaha.

 

 

Wiersz dla Hannah

 

Mała pszczoła na swej misji

zmarła, zanim cokolwiek poczuła. Jej

ciało spoczywało przez chwilę

na poręczy mojego słonecznego

ganku w Kalifornii. A potem

zabrał ją wiatr. Jesteś

teraz starszą siostrą, więc

to prawda, że świat jest ci winien

olbrzymich reparacji. Masz też

specjalne alarmowe

feromony wszczepione

w twój nos, które eksplodują

razem z Phacelia dystans

tj. dzikim heliotropem. Za każdym razem

to, co mówią, że ma się wydarzyć,

okazuje się być jedynie kompendium

tego, co nigdy nie może właściwie

zaistnieć. Dzisiaj elektryczny autobus

pełen ludzi słuchających

przez malutkie, cieliste

słuchawki wiadomości muzycznych

lub literatury idealnie dostosowanej

do ich potrzeb pada na kolana przed

młodym mężczyzną w lśniącym

czarnym wózku inwalidzkim. Wewnątrz

zielonych laboratoriów eksperymenty

w dziedzinie drobnych cząstek

są dla naszej ogromnej korzyści

wreszcie ukończone. Dostrzegam

tę samą zmarszczkę, którą mam ja,

pojawiającą się na twoim czole.

Urodziłaś się po to, by czuć coś,

na co nie ma słowa.

 

 

Bluza Dobby’ego

 

Z tymi dwoma słowami w moich ustach

obudziłem się ze śmiechem zaledwie po raz drugi

w moim życiu. Przed zaśnięciem  

czytałem książkę o renesansie.

Wszystko, co naprawdę wiedzą, to fakt, że było brudno.

Zasnąłem i śniłem o skomplikowanych

ustaleniach finansowych. Potem

o Środkowym Zachodzie. Zawsze kochałem

samotność tych średniej wielkości miast

rozsianych po równinach, to w nich

dopiero moje serce mogłoby stać się

tym otwartym polem, gdzie zaprószyć by mogła

kompletnie nowa miłość. Dobby żyje

w Minnesocie i wydaje się w zasadzie szczęśliwy.

Chyba nigdy jeszcze nie widziałem go

w bluzie. Nie jestem nawet pewien,

czy to jego prawdziwe imię. Czy on jest duchem?

Prawdopodobnie. Duchem szczęścia. Bluza

Dobby’ego. To miejsce, w którym chcę schować

twarz, gdy nadchodzi samotna możliwość.

 

 

Nigdy nie powrócić

 

Dziś przez moje okno wleciała biedronka. Czytałem

o śnieżnobiałym upierzeniu pardwy mszarnej

i śpiewie lasówki rudogłowej. Czytałem

o historii meteorologii, jak w końcu uzgodniono,

że nie można się zgodzić co do klasyfikacji chmur. Czytałem

kronikę nudy, która nazwała się Wielką Samotnością

i wywołała wojnę. Czytałem, że komary dotarły

na Hawaje tym samym statkiem, który sprowadził eukaliptus

do Kalifornii, aby działał teraz jako straszliwy akcelerator pożarów.

Obok mnie książka mówiła niemalże na głos, że lekarze potrafią

już przeszczepiać twarze. Inna powtarzała, że wiesz, że styczeń

nigdy nie będzie czerwcem, więc dlaczego nie śpisz, mała świeczko?

Trzecia mruczała, że niektóre dni są zbyt piękne,

by mogły być wymyślone w laboratorium. Kartkowałem

książkę z niewysłanymi pocztówkami. Niektóre tliły się

światłem, inne były nieco przyćmione, jak gdyby ktoś

chuchał na soczewkę. Na jednej z nich wiecznie sypał śnieg

w mieście znanym jako Szmaragd w Ogniu, słońce

już na zawsze schowało się za górami, by nigdy więcej nie powrócić,

a szklane budynki nad portem pozostawały wypełnione

smutnym, niepasującym zielonym światłem. Pocztówka nosiła tytuł

Czyściciele okien. Napisano na niej odręcznie:

Ktoś zostawił otwarte okno, a Nocą

czarna osa wleciała do środka, położyła się na parapecie i umarła.

Czasami przerywam czytanie i znajduję długie czarne włosy

na mojej klawiaturze i chciałbym, żebyś wiedział, że w 1992 roku

zmieszałem farbę Clairol Dye #2 z moimi zniszczonymi, wyblakłymi włosami,

aby uzyskać niebiesko-zielony kolor, jakiego nigdy wcześniej nie widziano,

mój najlepszy wygląd według dziewczyny przy ladzie, która uśmiechnęła się tylko raz,

wiem mniej niż wcześniej i mieszkam na wzgórzu, gdzie

wiatr kradnie muzykę ze wszystkich rzeczy i przynosi ją do mnie.

 

 

Razem, a także osobno

 

Wyruszyć musimy na poszukiwanie poszukiwań

powiedziała niezbyt pomocnie mała czerwona mrówka

przyczepiona do złotego łańcuszka przyczepionego do

mojego nadgarstka. Była nie większa niż

cząsteczka, a łańcuszek był tylko łańcuszkiem kwantowym.

To była niedziela rano, podążaliśmy

za niespokojnymi podróżnikami z plecakami ku

miastu, które przewodniki określały łatwą do opanowania

fontanną rekreacji. Nieświadomi nieśli

ciemne latarnie, byli

Bezimiennymi. Mieszkańcy

rozlali się po różnych kościołach, pozostawiając jedynie

rozproszone kobiety w wielobarwnych szlafrokach

karmiące gołębie oraz chłopca na deskorolce

wykonywującego niepozornie swoje wspaniałe triki.

Niektóre parki są małe, idealne do zapadania

w sen. Budzisz się w nich i zostawiasz

je komuś, kto musi dowiedzieć się,

co dzieje się, gdy budujesz

wielką arkadę swoich najwspanialszych myśli,

by lśniły, nie czekając na nikogo. Położyłem się na

plecach. Światło z subtelną poświatą tetrofenu

delikatnie musnęło moją niebieską metaliczną skórę.

Rower oparty o ścianę. Pomyślałem

o moim pierwszym kalendarzu, turkusowym i

laminowanym, nie różniącym się niczym od spokojnego,

szklistego jeziora, którego powierzchnię rozbijałem jako dziecko,

w dniach, kiedy wszyscy byli sobie równi. Tak dużo

architektury, powiedział mój rudowłosy przyjaciel. Był

mienszewikiem, czerwonym, ale także otwartym.

Gdybyś pochylił się i przyjrzał się mu z bliska,

mógłbyś dostrzec puls ukryty za każdym z

jego czarnych, komorowych oczu. Golem

zatrzymał się, by przejrzeć swoją turystyczną mapę.

Chce zobaczyć jeszcze kilka dachów

na tle nieba, zanim westchnie i

wjedzie kolejką linową wzdłuż długiej, zakrzywionej

ścieżki prowadzącej do zamku i zamieni się

w proch, zupełnie niepodobny do mnie.

 

 

Kwietniowy śnieg

 

Dzisiaj w El Paso wszystkie samoloty drzemią na pasie startowym. Świat

jest opóźniony. Wszyscy konsultanci polityczni pijący whisky trzymają

spuszczone głowy, podnosząc je tylko po to, by spojrzeć na piękną, pokrytą bliznami

kelnerkę, która nosi klawisze maszyny do pisania jako naszyjnik. Dźwięczą,

gdy przynosi im drinki. Za gigantycznymi płytowymi szybami

samoloty są całkowicie przysypane śniegiem, który piętrzy się na skrzydłach.

Czuję się jak góra ładowarek do telefonów. Każde z różnych

wierzeń naszych różnych ojców chroni nas tylko częściowo. Nie chcę

rozmawiać przez telefon z aniołem. W nocy, zanim zasnę,

już i tak śnię. O kawie, o starożytnych generałach, o twarzach

posągów, z których każdy ma odwieczny wyraz jednego z moich uczuć.

Badam swoje uczucia, nie czując niczego. Jadę na niebieskim rowerze

przez skraj pustyni. Jestem prezydentem tej szklanki wody.

 

 

Mały Głosik

 

Obudziłem się dziś rano z dźwiękiem małego głosiku,

który mówił, że życie było dobre, póki trwało, ale już

dłużej nie mogę go znieść. Przestanę golić

zęby i przeżuwać twarz. Zamierzam wreszcie wynaleźć

sposób, który pozwoli zamienić moją krew w nić, by uszyć

sweter w kształcie wielkiej maczety, którą odetnę

sobie głowę. Liście miały zielony

odcień, wszystkie ich twarze zwróciły się w dół, ku ziemi.

Właśnie tak chciałem się zachować, ale nie

wiedziałem, gdzie ukrył się ten cichy głosik, a zresztą,

kto mógłby mówić tak jak on? Co za strata, kolejny maleńki,

genialny umysł wyłączony przez ten sam wielki, nudny palec.

Najwyraźniej życie to udręka, przez co rozumiem sieć nieustannie

przyciągającą najbardziej podejrzane i użyteczne buty, które

albo zakładamy z ubolewaniem, albo jemy za pomocą haczyków jakiejś

wielkiej idei, ściskającej boki naszych ust i szarpiącej je

w górę w pojęciowym grymasie. To jest to, powiedział

ten mały głosik. Słuchałem tylko połowicznie, w jednej czwartej zastanawiając się,

jak nazywał się ten mały park, na który wychodziło okno,

a w jednej czwartej dziękując wojnie, o której wiedziałem, że gdzieś daleko

zajęta jest przywracaniem wszystkich tych kończyn ich fantomom.

 

 

Wiersz

 

Twoje oczy nie zawsze są brązowe. W

dzikiej przyrodzie naszego ogródka są jasnozielone,

jak słoneczny dzień odbity

w oczach żaby patrzącej

na inną żabę. Kocham twoją miłość,

wydaje się płynąć z metalowego kranu

przyczepionego do wielkiej lśniącej kadzi

w olbrzymim pomieszczeniu pełnym błyszczących szeptów.

Kocham też smakować cię po trudnym

dniu, nie robiąc nic wytrwale.

Fabryka diamentów, czułe, psotne

metalowe owoce wiszące na drzewach

w muzeum, do którego ludzie wędrują, myśląc,

że chociaż raz nie robią zakupów. Podziwiam

cię i boję się ciebie, jesteś dla mnie otchłanią,

którą przekraczam, zmierzając ku tobie. Spójrz

mi prosto w twarz, powiedziałaś, a ja poczułem,

jak wszystko przestało próbować się do siebie dopasować. A

orkiestra marszowa wzięła głęboki, zbiorowy

oddech i ponownie zanurzyła się w swojej pieśni.

 

 

Podróż przez przeszłość

 

Słuchanie Neila Younga w Kalifornii

jest jak wyrzucenie starych lekarstw,

 

które niegdyś na coś mi pomagały, zwrot

twarzy w stronę dnia, tj. oceanu

 

wypełniającego okno szarymi łodziami

płynącymi w całkowicie jasnej, obecnej teraz samotności.

 

Przez kilka tygodni na moim laptopie

miałem zdjęcie dokującego promu kosmicznego.

 

Potem zastąpiłem je zdjęciem wygłodniałej

włochatej mszycy zalegającej na zgniłej choinie kanadyjskiej.

 

Jedna z jej gałęzi wyglądała jak kończyna

zniszczona przez prowizoryczne ładunki wybuchowe.

 

Przyjacielu, któremu umiera ojciec,

wymieńmy się marzeniami.

 

Jestem wystarczająco silny unieść twoje,

byś mógł ruszyć

 

długim, nudnym, beżowym korytarzem

i wymienić baterie w termostacie,

 

pieszcząc w ręku diamentową spinkę do włosów.