Z hiszpańskiego przetłumaczył Krzysztof Katkowski

wybór z wierszy publikowanych w latach 1979-2016

Usta to jakaś czarna kostka

Torturujący zakłada kaptur torturowanemu

i poza więzieniem góra lodowa

zaczyna ocierać się o mury, wydając

dźwięk, który pasuje do każdego impulsu

woltów – uciekających przez leżące ciało

albo wiszących na prętach chwiejącego się prycza

jakby było lodową górą.

Pytania chcą raz jeszcze wertować historię,

wmurować w nią brakujące fragmenty:

pamięć szuka odpowiedzi, która mogłaby iść

bezpiecznie – przez prerię, bez drapaczy chmur

ani chat, bez wywichniętych brzuchów i ramion,

nóg gotowych pęknąć od ciosów.



Tkanina

Twoje ciało pamięta ostatnie sekundy,

a twój umysł jest zwierzęciem, które trzepocze

na niebieskim tle.

Potem, do kamieniołomu, wdzierają się szybkie

ruchy, w których poci się napięcie

i spojrzenie.

I Cierpliwość kuli się, aż znika,

aż staje się powolnym oddechem:

łucznika wychylonego na polanę lasu.

Tak oto tkanina spala się i pracuje

nad swoim zniszczeniem,

jakby uciekała przed lichwą,

przed zamysłami konieczności.

Oto przepływ i powściągliwość, w żelaznym sześcianie.



But ze słońca

Mój but pozostawiam na brzegu.

Dalej budzi się ten świat,

w którym nikt nie przyzwyczai się

do głosu, który niczego nie chce.

A mój but lśni, jakby był zrobiony ze słońca,

zrobiony ze zwierząt, które były roślinami.

Na brzegu jest trochę roślinności

i trochę ciszy do kochania.

Chodź, chodź tutaj zostawić swój but,

bo na razie mamy tylko

jeden but ze słońca,

a świat, ten nagi świat, on

o nas nie zapomina.



Przebudzenie

Pewnego dnia budzisz się

i jesteś Bezużyteczny.

Jedyny nieudacznik w ruletce

odświeżonego zdrowego rozsądku.

Podwójna wizyta, którą składasz

na dnach dnia:

widzisz się jako robot,

widzisz się jako zwierzę.

Jesteś prześwitującym sensem

skrzydła muchy.

Jesteś garścią perspektyw

niezastosowanych w wizjach

budowniczych otchłani.

Jesteś jak ten, który szuka swojego miejsca

w niepostrzegalnych drżeniach

światła.



Oksymoron

Zapraszam samego siebie, by mówić rzeczy na odwrót.

Zmuszam się, by widzieć to, czego nie ma,

i nie dostrzegam w tym żadnej sprzeczności.

Proponuję inną drogę

temu, co sobie wyobrażam, mówię swojemu mózgowi,

by myślał o czymś innym.

Dżungla, pożar, drzwi,

które się otwierają, a potem zamykają.

Oto lot siedmiu papug, zaraz obok palmy.

Gałęzie drżące pod ciężarem powietrza.

Lepiej myśleć o tym,

co do niczego się nie przydaje.

Słowa usłyszane w najmniej

odpowiedniej chwili, słowa następujące

po niezrozumiałej ciszy.



Dłoń

W centrum pokoju jest dłoń ona

pieści inne części tego samego ciała

czasem jej trajektoria zostawia linię

suchej piany na czarnym tle

i my myślimy o tym śladzie

jak o morskiej grocie pachnącej

intensywnie solą i chłodem albo potem

aż fala wdziera się przez okno

i podłoga zalewa się lepką lawą

jak słońce zalewające ci oczy przy przebudzeniu

jak strumień światła w centrum huraganu