rant

a w tym pejzażu
mają gniazdo osy
zęby mają szyjki
skrzydła są powgniatane
we framugi
wyczesane z łodyg
jak na szczudłach świerszcze

to już nie moja farba
moją wypuściłem
rysuję na marginesie
szubieniczki żeby nie wyrzucać
czegoś co raz żyło

tu uchyłek bieli
tam implant błękitu
dziś wigor fioletu
jutro przełom w kadrze
przepięcie kolorów
albo obrzęk bieli
przeciąg, cień w gablocie
w końcu róż na rancie

 

co palą na plaży

Na trawniku pod muzeum zimne słońce
operuje kryształ, wciska nam osty w ręce.
Za szybami sklepów fałszywe lato
zostawia resztki powietrza na filtrach.  

Na dachu skrzydła w rozbiórce zaklinasz
ten zasypany piaskiem pogański budynek
gdzie trzymasz pod szkłem puste ważki, jusznice
w protezach udających pancerz. A gdy je

rozcinasz po zimie, są w środku podwójnie tęczowe.
I zapalają koce po lecie bałtyckie panny, i psy
włochate jak pnie palm, które gdzieś kiedyś
trzeba znów będzie czcić albo czesać.