inkluzja

nie jestem owadem,

najadłam się ciasta z biedronki, a potem urosłam,

ja już nie działam w ten sposób, że kiedy podniesiesz mnie z ziemi,

nie złamiesz mi czegoś pod pachą, a nogi się przygną, pikując

po prostu opadną, by wisieć

o ile nie weźmiesz mnie w miejsce, gdzie nie ma jedzenia

albo gdzie wisieć jest zawieszeniem, w bursztynie,

karmelu, wszystko jedno ma na myśli nas, eocen



syzyf

dźwignęłabym nawet rzadsze imię i bardziej zajechany temat,

po prostu chwilowo odmówił mi posłuszeństwa

poczekaj, nie spadaj, albo spadaj tak bez końca

egzamin z pediatrii będzie trudniejszy od bycia rodzicem,

nie po to uczyłam się cały dzień, żeby przestać



wzięło się w sumie z okręgów,

nie umiał ich wyczuć, kołując ikeą.

wyłącznie spadanie na widok sombrero, to mogło być moje sombrero

           i spadał jak kapcie.

                   przemijał warstwami, do których nie sięgał,

                   a przejścia poznawał z przepaleń na stykach.

                   w tych chwilach coś bredził, lecz nie mógł

                   dopatrzeć się treści pod okiem tej mgiełki,

                   u której rokował. jak ślicznie rokował

                   w jej cienkiej woalce, niczego pod spodem

                              nad miejscem, gdzie ziemia najczęściej się trzęsie.

                                           i stawał się płytszy i płytszy,

                                           wyniki wciąż gładsze i gładsze

                                           aż znikły.

                                           nawet mgiełce spadły kapcie.

                                           leciały przez warstwy, do których nie sięgał,

                                           zmywały granice. płonęły ich styki.

                                           w tych chwilach widziały, że mówi po szwedzku,

                                           układa regały spisane po szwedzku,

                                           zawiesza sombrero.

                                                 to jego sombrero nad miejscem, gdzie ziemia

                                                      najczęściej się trzęsie, ten kredens,

                                                      co nie śpi, bo trzyma.



31 XII, 0,6–1,2 mEql/l*

przez magnes w lodówce nie powiem,

co robię w sylwestra z biegunem północnym,

bo nie chcę być resztą podróży

tak chorą, że czepia się zeszłym pazurem lodowców.

chyba pójdę na ten drugi, tylko wezmę trochę litu,

bo nie chcę być chora i w pasach,

to 4 godziny.

południki są czymś więcej,

obierasz jak skórkę z owocu,

z tej cytryny zwanej ziemią albo głową,

obierasz jak ścieżkę i wciągasz, bo nie chcę być chora,

to coś więcej niż emocje, wykreślam co drugie zdanie,

a resztki nadziewam pierwszymi, od góry.

sobowtór spuszczony ze smyczy szybuje na przeciwników, on na nich leci,

mijają go w lustrze, mrugając, że jedne psy – psy jedne.



stereogram

dobra, tu kończą się schody, nikt nie wpadł na wyżej

samo też nic się nie wzniosło

bardziej niż te zaimki, patrz jak migoczą

ja wiem, że powtarzam się z niczym i z nikim, bo nie wiem kim jestem,

poza tym, że patrzę w okno, poruszam drzwiczkami i furtką,

otwieram, zamykam, oglądam, co w szafkach, przestawiam

w tę nazad, co chwilę zawracam,

żeby coś sobie przypomnieć,

przymierzyć,

bo może już będzie pasować na stopy,

gdy przeszły tę jedną rzecz więcej i zaczną rozmawiać jak równe,

i będą mieć dzieci wysokie jak szczudły, do których bym w życiu nie doszła,

choćbym myślała od zawsze o byciu rodzicem, szukała wszystkiego i wszędzie

ja wiem, że używam tych słów jak wytrychów, bo nie wiem, kim jestem,

poza tym, że znów mam w szafce coś innego i nie mogę tego przeżyć,

i że muszę już uciekać, schować głowę w brak powietrza,

bo zaraz odleci za bardzo, zostawi mnie samą z oczami,

które nie słyszą, co mówię i patrzą się tylko na ręce,

gdy wynikam ze wszystkiego

jak delfin obrosły w korytarz

bez żalu za gładkim, a potem znów wnikam,

i niby w to samo, a wiem, że nic nie jest to samo,

że wszystko migocze i nitki raz cieńsze, raz grubsze, nie do opisania


* Terapeutyczne stężenie litu, stosowanego w leczeniu
zaburzeń afektywnych dwubiegunowych.