Ze słoweńskiego przetłumaczyła Katarina Šalamun-Biedrzycka

Zdanie

Nie jako człowiek,

jako istota wśród istot,

jako jedna jedyna chwila

bez śmierci,

jako poryw wszechświata,

brzęczący razem ze wszechświatem –

ze wszystkim we wszystkim.

 

 

Złote kwiaty

Zamiast ziemi

niebo z chmurami.

Cały czas otoczeni

falami głosów.

Światło jest wieczne

tylko w pamięci.

Siedzimy za stołem

niebieskiego południa.

Dotykamy się

słowami.

Czas porozdzielany

na białe filiżanki,

należy do każdego.

Tamto coś to nie wróble,

tamto coś to zapomniane,

niewymówione zdania.

Codzienne rozmowy

jak dobry kawałek.

Bo muzyka nie jest w nutach,

droga nie w nogach.

Zawsze wierzyliśmy

tylko w ładną pogodę.

Złote kwiaty.

Bardziej tajemnicze

niż wczesna wiosna.

Miłość wczołguje się

w nas przez

zieleniejące się drzewa.


Oceany

Niezliczoność słońc w zatokach szaleństwa.

Percepcja realności jest bardziej rzeczywista

niż realność, niż wszystkie te burze czasu.

I nic nie odróżnia chwil pamięci

od innych chwil.

Niezliczoność słońc w zatokach szaleństwa.

Nasze miłości, nasze cięte rany.

Nasze życia rozumiemy,

nasze życia rozumiemy, spoglądając wstecz.

Jak przeczytane książki.

Nie jesteśmy ośrodkami, ośrodki są w nas.

Kto spamięta wszystkie porty?

Gdzie nie płynęliśmy? W co wierzyliśmy

wśród fal historii?

Wzdłuż wybrzeży starodawny chłód,

który nigdy nie znika.

Niezliczoność słońc w zatokach szaleństwa.

Nasze myśli mówią językiem map.

Niewykorzystane okazje to walizki

ciągle gotowe do ucieczki.

Nie zapomnieliśmy, zostaliśmy z tą gramatyką,

by lepiej rozumieć.

I tu jest wszystko, co mieliśmy.

Tu też zostaliśmy.

Wnętrze lądu, granatowe niebo.

By słyszeć oceany.

By dotknęły nas płomienie.

By pulsowało miękkie serce świata.



Stworzyć kraje

Tworzenie słowami

jest powiązane z prastarym pragnieniem

nazywania, umawiania się,

przekazywania, opowiadania.

I jest tak samo obecne

jak każda fizyczna potrzeba,

ale tylko o ile skutkuje

akumulacją niezapomnianego

doświadczania życia

i o ile na podstawie tych doświadczeń

udaje mu się ożywić siły języka,

którymi poruszy

ludzkie wnętrze

doprowadzone do skrajności

w odczuwaniu,

i jest dzianiem się i jest czynem

i jest w ten sposób poza ludzkim,

jako nieprzewidywalna gra,

która żyje i umiera jako żywa istota.

Być przejętym, stwarzać kraje.

 

 

Gustav Mahler

do siebie, przed śmiercią

Ogrom tego świata jest bezcenny.

To, co tworzę, stworzył świat.

Moje dźwięki są dźwiękami świata.

Moja muzyka, gdy mówi

przeze mnie, jest większa ode mnie:

większa od wszystkiego, co należy do mnie,

i większa od wszystkiego, co nie należy do mnie.

Nie widzę jej końca,

nuty łączę z przeczuciem,

przeczucie z tym, co jest we mnie

i nie jest tylko moje.

Tylko śmierć jest absolutna.

Tylko śmierć jest wieczna.

Niektóre codzienne sprawy

należą do nieba.

Widzę je,

jak w letnich miesiącach

rozpościera skrzydła

nad cichymi górskimi dolinami

i razem z nadejściem

światła dnia

dotyka krowich dzwonków,

źdźbeł traw i skał.

Nagie góry zaczynają mówić

jak przerażające góry.

Słyszę srebrzystą ciszę

lasu, rozległą,

rozciągającą się

przez nocne lśnienie świerków

w potężnym blasku księżyca,

tak jak słyszę rwące

wody strumieni płynących

po zimnych alpejskich skałach

usianych na rozgwieżdżonym niebie.

Czuję gładkie dłonie

błogiego podmuchu wiatru,

karmiącego górskie kwiaty

świtem i opowiadającego im

leśne historie w chwili,

gdy poprawiam pierwszą nutę

nowej symfonii,

aby słońce mogło wzejść,

aby jezioro przemówiło

własnym językiem,

aby akordy wyszły z niesłyszalności

i niemal niezauważalnym krokiem

mrówki przekroczyły

ludzkość. To strasznie,

jak przyroda powtarza

swoje rytuały,

i jest bezlitosna,

jak coś się kończy,

znika, jak znikają planety,

galaktyki, bakterie,

jak coś brzmi,

kiedy już przebrzmiało,

jak coś pozostaje,

kiedy już odeszło?

Wielkie serce Ziemi

bije mocno.

Ale to przynależy do innego

czasu. Miasta przybywają,

wracają i odchodzą,

odchodzą i wracają.

Opera obserwuje mnie

nieufnie już przez lata.

Nasz ubóstwiany

i znienawidzony Wiedeń.

Podróżuję. Podróżuję.

Staję się mniejszy

i znów większy i wysoki

jak Nowy Jork.

Tylko w Karyntii

lewituję. Lewituję.

Chata we mnie.

Czuwam. Strumień bulgocze.

Nuty znów wysyłam

w balonie, który leci

nad letnim krajobrazem,

a potem chowa się w nim,

jak zając w swojej norze.

Pieśni są zawsze z gleby.

Nie wiem już,

za kim płaczę.

W falach Atlantyku,

gdy statek niesie mnie

w ramiona śmierci,

zmęczony myślę:

wszyscy kiedyś

szybko się pożegnamy,

pożegnamy się ze sobą

jak z kimś innym,

w tamtej ostatniej chwili.

Jak w pełni

zaczerpnę odczucie

tego pożegnania,

nigdy w pełni zrozumiałe,

a jednak najprawdziwsza część mnie

jako istoty ludzkiej.

Umrę, abym żył!

Ostatni raz myślami odpływam

w nieobecne,

oświetlam pamięć,

oswobodzony od muzyki,

z którą żyłem przez dziesięciolecia,

zapadam się w otchłań

nigdy nie słyszanej ciszy.

Ostatni raz zamykam oczy,

ujrzawszy praświatło.

Wszelki niepokój znika.

Znika wszystko, czym jestem,

co jest i co będzie.

Otwieram usta.

Nic nie wypowiadam.

Umiera się z uśmiechem.

Ostatnie płomienie

życia w życiu.

Płonę. Nie mówię.

Dopalam się. Blaknę.

Ogrom tego świata jest bezcenny.