Diorama

 

Budowę rozpoczyna się zawsze od duszy, czyli słupka.

Wszystko, co dotyka duszy, robi to pod kątem około 70°.

Chryste, jak było mi żal Moby Dicka i innych wieszczów.

Uchodzili nocą jako najemnicy bez zajęcia i planu

w świetle świeżego braku, po kępkach traw błotnistych torfowisk,

gotowych przy każdym kroku na samozapłon lub podtop.

Wszyscy równi, w klinczu tak różnych swoich końców. Happy end

wypadał tuż na granicy, w czarnej, czystej humusowej wodzie.

Czas wielkich zwycięstw przepadł wraz z dobrodziejstwem szkolnych lektur.

I love Dick – pomyślał Moby Dick i to samo myślały o nim pokolenia.

Temperatury spadały i rosły. Czas stale się zmieniał. Nie czytano nic.

Wieszczom doskwierał bluźnierczy brak formy, tnący zaciekle z powietrza

mimo zróżnicowanej głębokości i wyglądu, w zależności od typu i lokalizacji.

Gnębiły ich również streszczenia.

 

Widziano Adama, Juliusza i Zygmunta w radosnym uścisku throuple.

Zygmunta, który przedstawia się „Ziggy” i opuszcza atmosferę Ziemi.

Cypriana wysuwającego się na prowadzenie, kiwającego Juliusza,

by między prawicą Ziggiego i lewicą Adasia trafić idealnie w światło bramki.

Nie w tym rzecz, że odnajdywano stracony niegdyś w języku czas.

Zbliżano się do coraz starszych słów i nic nie znaczyło nic, tylko bardziej.

Ostała się ledwie przyboczna straż, niektóre fragmenty dyskursu

uchodziły wciąż dymem w stronę centrum. Zieleń, jawor, dąbrowa.

W zasadzie pozostały resztki wręg i pokładników, po których strach

było chodzić. Ale, Boże, którędy ja ci to mówię? Płyń,

choćby wewnątrz rozpalano ogniska i dym szczypał w oczy

jednoznacznym gestem „spier…”. Widać stąd, jak cudownie

zielona jest ozimina. Ja i moi wieszcze chcielibyśmy tylko doświadczyć

piękna. Piękno istnieje tylko w pierwotnej walucie. Jest autostradą.

Chcielibyśmy nie płacić podatków. Chcielibyśmy płacić podatki.

Zieleń, jawor, dąbrowa.

 

Jako ostatni budowniczy przyjęłam więc imię Dzidzia.

Niektórym słowo Dzidzia jako imię kierownika może wydać się nieintuicyjne.

Ale fakty są takie, że to Dzidzia buduje pokład wszystkim swoim wieszczom.

Dzidzia jest Arką Noego. Dzidzia rżnie, rżnie i rozłupuje całość na drwa.

Gugu gaga goo-goo ba-ba wan-wan agu-gu baba da da.

W tej rekonstrukcji braku, pod strzechą, ja i moi wieszcze przetrwaliśmy

nawałnicę znaczeń i teraz jesteśmy wolni. Jest z nami bohater i heroina.

Mamy beczki, barykady, słupy i worki z piaskiem. Mamy wyborne koktajle.

Posiadamy zarząd i kapitał zakładowy. Formujemy związki.

Wciąż możesz dołączyć do uczestników, jak Małgosia i Jaś.

Jest tylko ciemniej, ciemniej, mówi jedno z nich, podkładając ogień,

kiedy ślad drugiego strzępi wiatr. Bo w najciemniejszej godzinie

twoja sztuka walki może przypominać taniec. Może mówi do ciebie przez łzy.

Słowo na d jest brzydkie i nie jest brzydkie. Drogowskazy można obrócić.

Musisz więc okupować, blokować, bojkotować i nagłaśniać.

Musisz rżnąć, rżnąć, rżnąć i wybierać najlepsze kawałki.

Nigdy nie będziesz zmęczony, bo nie ma już wolnych pokoi.

Naprawdę, nie ma już wolnych pokojów. Obie formy są poprawne.

Musisz śnić maszty i wielbić reaktor katalityczny swego statku.

Instalację hydrokrakingu i reformingu. Możesz wyciągnąć ręce,

by poczuć palcami wiatr. Wściekłość i wrzask. Dumę i uprzedzenie.

I żal albo żar. I to trzecie, to słabe i zmarznięte, co wniosłeś za próg

w dwóch długich, równych, ociosanych dłoniach.

Absorber i desorber. Poprawne są obie formy.

Ruch jest prawostronny.