***

 

Bawialnia potomków wchodzi ludziom w uda,

oczy, za las i zdecydowanie pod brody.

 

Z bystrej kłody ucieka świt

i nikt z nas nie może go spamiętać.

 

 

 

Amulety tańczą kankana

 

Bo uchyliła drzwi i słychać było jęki, bo głowa

wybuchła na cztery strony świata.

 

Gorycz pleciona w nagość.

Nadzieja i rzęsy kąpane w list.

 

Bo któraś z nas skakała jako słońce

albo słowo było maścią, wylęgarnią

ściganą przez wędkę.

 

Bo jestem czerwienią na zieleni, kurtyną

zwiniętą w kłębek, rzuconą w oko.

 

 

 

***

 

Mamy od groma przełęczy, bo ręce

stały się badylami i snem.

 

Może kokon pajęczy i mgła.

Stara piwnica w przełyku.

 

 

 

Dzicy opasani zepsuciem

 

Łap ogon! Pracuj!

Do woli, do miękkich łap. 

 

Minął pierwszy żagiel.

Płaczem rozciągnął podróżnych.

 

Połamane kłosy wiercą krzyż, a ty bierz,

warcz i gryź, by w dukcie nie zapadł mrok.

 

By wyszło na plamę, żółtą plamę, 

która wytrząśnie im czapki.