Ukrywanie się w ptasim piórze
Żeby wejść w ciało ibisa, rozżarzony duch szuka pióra – tysięcy piór, żeby ukryć swoje nieskończone źródło ognia; piach, jak barka na szarych rzekach, przeprawia haft orfickiej liry do brzegu, gdzie tańczy ośli orszak, i gdzie pieśni pragną narcyzy. Spiętrza się duch obok stosów papieru zdobionych przez zręcznego skrybę, co zamiast dłoni wyciąga promienie, a głos zamienił na szumiącą trzcinę, która chroni sekret myśli i szeptów pod srebrnym diademem matki tytanów – wyciągniętej na polach pod uwodzącym ją niebem. Żeby zrozumieć mowę ptaków każdego rodzaju, rodzimy się nieskończenie, wystawiamy smukłe szyje za bariery przeciążonych tańcem mostów i dajemy brzytwom wiatru, zrywom napiętych skrzydeł pod tęczą, rozcinać szpetnie smagane gwiezdnym ogniem karki – ażeby dostrzec choć skrawek białych statków. I widać najpierw dziób, później zachwyca rozpiętość masztów, chowających oba brzegi pod cieniami; osły rżą, kwiaty pękają i wydają rytm na marsz zmartwychwstałych; klucz ptaków otwiera horyzont, w który wpada zdezorientowane słońce – jęczy niezadowolone z niedokończonej kary i zapada się do końca, pęka, rozlewa róż i gasi złoto. Ciało ibisa rozplątuje się przed objęciem ducha zeskakującego z korony po kolejnych schodach tajemnego alfabetu, aż do podstawy świata rozciągniętej jak baldachim na wierszu; iskry nie sięgają nasmarowanego śmiercią płótna, tylko tkają gorące posłanie na miękkich kępach opadłego pierza – wygodne posłanie dla głupca i mędrca.
Tkactwo
W rozprutym udzie szukam utopionych szwów
szperając w dionizyjskim łonie przy spuchniętej
tętnicy; leżymy z udem na trawie i między nas
wciska się ziewnięcie zielonego połysku
z bogatego insektarium ściółki.
Chrząszcz porwany w żeglugę, od źdźbła
do źdźbła zszywa iglastymi odnóżami
piaszczystą glebę niewidzialną nicią.
Wstydzę się go dotknąć palcem poplamionym
rześką stalą kości i szalonym winem.
W amfiteatrze milczącego igliwia
śpiewa nam słowik.
Chrząszcz wdrapuje mi się do uda i zasuwa
za sobą shōji – widać go jeszcze w świetle,
jak rozkłada skryte
w swojej zagadkowej entomie przędze
i zaraz znika pod rozdmuchanymi
arabeskami zręcznie tkanych dywanów.
Nieśmiałość wykupuje miejsca na balkonach
Nawet wysuszony kiść rąk potrafi
przetasować talię i włożyć rozgrzany
diament między wykoźlone palce stóp.
Król sceny i cesarz kurtyn – nikt inny
nie jest tak zawzięty w walce o wizerunek
na wymacanej przez cały naród monecie.
Jeden drugiemu wyrywa już czwarte
oko, wypycha sobie nimi kieszenie,
bo w sakwie najeżonej bażancim
pierzem właśnie skończyło się miejsce
i oczy (obdarte z nerwów) już się
z niej wysypują, tęczowe plamy
podeptanych gałek smarują parkiet.
Tylko szaleniec da radę wysiedzieć na widowni,
tylko odcinając odnóża wijącej się pod
czaszką gąsienicy jest w stanie wydobyć
z siebie twardy kaszel, który do bycia
uznanym za śmiech potrzebuje eliptycznego
Sobowtóra-brata-zniekształconego symetrysty
szaleńca skulonego w plisy swojej spódnicy
dwa rzędy widowni wyżej;
władcy nie powstydzą się stworzyć
mostu nad łzami, kiedy widowisko
doczołga się do końca; wygra ten
despota, który najbardziej się zawaha
i przejdzie najwięcej
zjawiskowych przemian przed złotym
wschodem i ryczącym nad koroną żukiem.
Zaproszone na koronację nie zostały
tylko tygrysy.

