Mózg żegna rzeczywistość,

paluch-optymaluch tkwi

w ustalonych odruchach.

 

Rozważania jakieś,

poziomica.

 

Siekiera.

Dziesięć butelek po jakimś alkoholu,

 

który zebrał się w dwa ostatnie tygodnie,

piwo wzbiło gaz,

 

za oknem cisza po jeżykach,

słońce, ktoś o tym opowiadał,

 

słońce opowiadał,

w nigdybyliźnie chwili, pustce

 

co rusz,

pustką odruchu opowiadał słońce,

 

szaleństwem słońca,

czując ciężar właściwy głupoty,

 

czy głupota ma strukturę,

gdy gaz wzbił słód,

 

mam trop

i stopy,

 

mam stopy i trop, stop!!



Między

wonią dobrze odstanej dzisiejszej zupy brokułowej

a kłębami kurzu z wycieraczki przed drzwiami wejściowymi,

przeturlałem na stopień niżej i kopnąłem sturlane

turlające się i skumulowane turlanie kłębu kurzu,

by swobodnie spadło sobie na niższe kondygnacje

budowli owej, niech leci, a chuj tam, najwyżej doniosę

na siebie do spółdzielni mieszkaniowej,

między tym wszystkim udaję siebie, mając

świadomość, że przebijam wielu w tej sztuce

udawania siebie w tym meandrującym procesie myślowym,

któremu bliżej do strużynki szczyny w rynsztoku

niż do swobodnego dryfu chmur w kłębiącym się skłębieniu,

w swobodnym rozfraktalizowaniu kłębuszków,

jednak kłapanie szczęki daje znać o porze

karmienia lub polowania, z przewianą kieszenią,

w której albo źdźbła puste, albo strzępy po papierze

kruszą się w spojeniach i rogach,

zatem na burcząco-bolesnym brzuchu zostaje jeno

jednoosobowy szturm na śmietniki restauracyjne

w galeriach handlowych,

teraz już wiem, że pierdolę, bo

już nie mam co jeść,

a jest

Święto Niepodległości.

Za chwilę wypalę moje pocieszenie, marychę,

i wyjdę żebrać.



Moje ja płynie koło pizzy z końskim potem!!



Kołysanka Na Nowy Rok

Zachmurzenie jaźni i nieba!

Piesek rapuje do kości! Szaleństwo

podejmuje się udział w decyzji wziąć!

Byt określa sen, Autopsjo?

Sprzymierzenie, nie sprzeniewierzenie!

Ciągnął do nosa z płyty grobowca,

potem ciągnął za winobluszcz z nagrobka

w ramach sądownej pracy społecznej;

Android ukrzyżowany na słupie wysokiego napięcia

jako obiekt kultu robotów, przynitowany do ceowników,

nie wgrywa się jaźń, potęgo bólu w wyabstrahowanej abstrakcji,

oni tu w tym teatrum grają za głodowe stawki,

postawmy na wieczorek poetycki przy laserach;

zgięty człowiek nikogo nie obchodzi; waliłem

łopatą w sople przez świetlik u poddasza,

aż urwałem rynnę, urwał się rytm.



Żyję

znalazłem marchewkę na parapecie

i to jest jedenastozgłoskowiec;

te spody szachów są wyślizgane,

przebudzeni powietrzem, miotłą kosmosu;

oregano z oliwą, Organy z Oliwy,

czysta faza, krzyk w mróz,

oniropata kładzie migdał na parapecie,

w jednym takim kluczu

                                       jest cały zbiór.



LEKCJA BIEDY

Zdechły turkusowy płomień tuż nad zapalniczką

w mroźny, bezwietrzny dzień.

Dziewczyna

poderżnęła sobie gardło

nad wielką rzeką

w piękny, słoneczny dzień.