A tam na spacer wychodził zawsze wielki biały pies czasem na balkon i cieszył się ogromnie. Pi pi piiii piszczał radośnie i merdał ogonem cieszył się było widać że jest mu dobrze. Mama z dzieckiem i psem, dziecko z psem i spacerem na balkonie patrzą. Dziecko piszczy mama piszczy kiedy idą z psem żeby mu przypomnieć że ma piszczeć? Tam na dole bar THAI HOUSE kurczak KING KONG danie popisowe rozmoknięta panierka w sosie słodko-kwaśnym zlewała się ze stołem i wszyscy panowie jedli i pi pi piiii li pi pi piiii wo, zadowoleni z tego rozwiązania. Obok była apteka, obok apteki był sklep z karmą dla zwierząd i pa pa paaa sztecik smakował pysznie kotkowi, a pa pa paaa racetamol łagodził objawy grypy. Ona długo nie zauważyła, że tam jest apteka. Słoneczna? Studio pole dance: czy chciałbyś żebym tak tańczyła? Na pewno nie. I krę krę kręciły się panie tam w środku. Naprzeciwko cafe bistro ca ca ca catering można kotlet. Centrum odchudzania i modelowania sylwetki. Mały głupi pies, pekińczyk, wychyla głowę z pasmanterii i robi hau ha ha ha hau.

Tak jak było powiedziane, rośnie jej w brzuszku chlebek. Co wieczór piekarz zalewa ją zakwasem. W środku ma wtedy miękisz, a sama obrasta skorupką. Popękana skórka przypomina zmarszczki, choć jest jeszcze bardzo młoda.

Co rano (wcześnie, przed świtem, w brzasku) wychodzi na papierosa zanim zacznie to robić (rodzić chlebek), to dlatego piekarnie otwierają się (zazwyczaj) o czwartej. Widzi wtedy, jak ciągną się kolejki i kogoś, kto poza nimi memła (mamle? memle? memła?) śnieg końcówką buta (źle zawiązanego?), jak obrazy leniwią (byczą, bisurmanią, marnują czas) się po niebie w całej swojej głupocie (zidioceniu). Nie poświęca mu dużo uwagi, bo łokcie ma upaprane (usrane) mąką (pszenną, żytnią, semoliną, smegmą).

Czyta gazetę albo dłubie w swoim małym nosie, lecz jest bardzo młoda, kiedy robi zeza patrząc się na palec z wydłubanym glutem. Podobno od ciąży może zmienić się zupełnie ciało kobiety, jej myśli. Piekarka, która ciążę przeżywa co wieczór i co rano (o brzasku, wtedy, kiedy obrazy byczą się we własnym zidioceniu a ktoś inny memła obszczany czarny odpad po pierwszej gwiazdce która dawno odeszła w niepamięć razem z tym że jakiś szczyl dostał skarpetki i się zasmucił a później czuł się z tego powodu winny, bo w końcu dostał prezent, zjadł kluski z makiem i zapomniał) rodzi nowe ciepłe bułeczki, dłubie w nosie i wyrzuca okruszki, czekając aż one dojrzeją, dogasza papierosa i spogląda w stronę tego, na którego patrzyła wcześniej – zniknął.

Z okna obserwuje ją Szewczyk Dratewka. Obserwuje to właściwie dużo powiedziane, zerka w amoku (o, o, o, o!). Zainstalował sobie kablówkę. Skacze pomiędzy kanałami: wie, że zaraz znajdzie coś dobrego, że zaraz się rozerwie.

– nie mogę się rozerwać, mówi do siebie pod nosem i zmienia kanał. Podchodzi do okna, patrzy na żonę piekarza. Coś od niej chce, grubej, rozczochranej, leniwej, łasej na rurki z kremem. – Prozepino, ciągnie dalej, Prozepino, wpuść mnie do swojego świata.

Prozepino w tym czasie hoduje kryształki soli na bawełnianym sznurku. Obserwuje jak wyrastają, jak wraz z ustępowaniem wody materia się krystalizuje. Przeczesać pustynię! Szykuje wielki grzebień. Prozepino zużywa czterdzieści beczek sztucznej krwi aby ocalić szeregowca Ryana. Z tyłu gazetki są na telefon nagie kobiety, kiedy Prozepino woła do żony piekarza ta jednak go nie słyszy. Wyobrazić sobie można, że przypadkiem, oni wszyscy, nabierają w tym samym momencie powietrza i je wypuszczają, bo przecież pachnie tu prądem i kapustą mimo wiatraka który służy coś nie coś do nieśmiałych kichnięć. Plan jest prosty: porwać żonę piekarza, Szewczyk Dratewka zmienia kanał, twarz świeci mu się na różne kolory.

Kewin sam w doniu wali konia do tych właśnie gazetek, mimo że są święta, jak żołnierz, ostatni na linii frontu – na zachodzie bez zmian stawia most na rzece Kwai, w domu został ten kto jak Eurypides urodził się w dniu bitwy pod Salaminą, wyrósł mu na mózgu klaster heroiczno-agonistyczny: κλέος – ἀρετή – καλὸς κἀγαθός – θυμός – ἀγών. Kewin sam w domu popadł w hybris i z tego hybris grzebie w pępku, bo jeszcze nie umie wytrysnąć, jedzie na sucho. Ostracyzm wymyślili po to, żeby rodzice mogli się dogadać: Kewin zostaje. Kupił w sklepie mrożony makaron z serem marki Macaroni and Cheese, sok pomarańczowy, mleko, danie gotowe do podgrzania w mikrofali marki Stouffer’s, proszek do prania, folię spożywczą, papier toaletowy, chusteczki higieniczne, biały chleb i żołnierzyki, zapłacił 19,83 dolara, dzisiaj za to samo zapłaciłby 72 dolary, ceny skaczą jak szalone. Warto zwrócić uwagę na zinternalizowaną próbę ochrony oikos nomos, bo kupił w końcu papier i chusteczki – prawdopodobnie w celu ukrycia ekstensywnej masturbacji na sucho: napluł w chusteczki i zostawił je na widoku żeby jego rodzice zobaczyli je po powrocie i nie odkryli przypadkiem, że ich synalek ma niedorozwinięty thymos. Podbrzusze Kewina wieńczy nos Kleopatry i ktoś w tym nosie musi dłubać.

Ona, żona piekarza, przed snem ćwiczy skróty klawiszowe. Odtwarza sobie w pamięci: ctrl+alt+f4+prtsc+del, bo zawsze zapomina do czego służą. On, to znaczy ojciec Kewina, to znaczy Szewczyk Dratewka, a właściwie jego dziadek, ogląda kompilacje filmików z wyburzania budynków, w ciemnym pokoju, w głębi domku sączy wódkę i patrzy jak walą się inwestycje bo w pewnym sensie wynika to z rozpędu a w pewnym sensie wynika to z przyzwyczajenia a w pewnym sensie wynika to z pychy a w pewnym sensie ze słabych nerwów, tak jak zasady wiązania się rzeczy w związki i związków w ludzi. Zapada się w fotel i chudnie albo tyje, odmawia przyjmowania leków i gości, patrzy tylko przez okno na tą cudzą żonę, dawno zapomniał jak się robi buty i jak się zabija smoki i jak się czyści paznokcie i jak się bierze pół księżniczki i królestwo za żonę te wszystkie wygibasy, nawet jej nie pożąda, tylko za nią tęskni jego myśli wchodzą w nią jak w kałużę i mokną, przeciera łzy zagłębiając się w fotel i dając głośniej dźwięk walących się, zapadających budynków, których ruiny są jego faktycznym miejscem zamieszkania i czeka aż jabłka spadną mu na głowę.

Ona by chciała iść na grzyby. Wszyscy w porównaniu do Adama i Ewy mamy zajęczą wargę, wilczą paszczę, mukowiscydozę, rdzeniowy zanik mięśni, ubytki przegrody, niski wzrost, słaby szkielet, rybią łuskę, karłowatość i ryzyko niepełnosprawności intelektualnej, bo wszyscy jesteśmy owocem chowu wsobnego, a jednak. Jednak nikt nie wie, że ona musi znosić jego handry i ciągłe walenie się wieżowców w chinach, i to, że nigdy nie widział na oczy małej kury. Podciąga skarpetkę, na małym palcu ma dziurę, której nie widać. Próbuje zanęcić Szewczyka Dratewkę. Blond włosek opada jej na czółko. Powietrze szemrze niemrawo. Ziemia chrząka, chrząszczy. W ziemi znajduje się chrząstka, dziadek zawsze dojadał aż mu się uszy trzęsły.

Czy żeby przebranżowić żonę piekarza nie lepiej byłoby przebranżowić piekarza i zrobić z niej (na przykład) żonę marynarza? Osioł, który uklęknął przed eucharystią tak naprawdę rozmyślał o tym, co znajduje się za nim. Szewczyk Dratewka próbuje popełnić samobójstwo, przestając oddychać, ale mózg mu na to nie pozwala. W tym zdwojonym wysiłku (żeby się udusić i żeby się nie udusić) ignoruje jej zaloty.

Kewin nie jest jednak sam bo trwa akcja ,,lato w mieście”, idzie na wycieczkę z bandą bachorów roześmianych i śmierdzących. Dziecko pachnie ponętnie budzi różne żądze (rozmnażania) jak świeży atrament, do czasu aż strony nie zaczną pleśnieć, dokuczać innym dzieciom i śmiać się głupio, skarżyć i przeklinać. Szewczyk podjął decyzję: będzie żył. Podbiega do okna, Prozepino dalej kartkuje program. Wrzeszczy:

– Kocham cię! Kocham cię i zabiję piekarza, mam na to różne sztuczki! Kocham cię, rzuć dla mnie tą robotę, po cholerę ci te bułki!

Ale nie widzi jej. Tłum bachorów maszeruje równo i śpiewa piosenki
Ładne dziewczyny w czarnych rajstopach terroryzują podmiejskich bogaczy
którzy za czereśnie i za winogrona testują je w nocy
A brzydkie dziewczyny spod saturatora które są warte góry złota
oddają się za talon na hokejówki lub amerykański opiekacz

Tylko Kewin podnosi głowę, szepcze:

– Tato…

Minęło trochę czasu – równie dobrze dzień co pół godziny, Szewczykowi wyrosła już trzydniowa broda. Zaczęli remont i skończyli remont, rowery trochę podzwoniły a psy popaskudziły na chodniku, ktoś w to wdepł. Gadatliwi taksówkarze, wścibskie woźne, dozorcy ze zbędnymi rekwizytami. Krzywa ulica, śmietnik się kurzy, i tak dalej. Podłużny człowiek, owalny człowiek, wklęsły człowiek, człowiek płaski, sprężysty i człowiek-jojo grają w karty i palą papierosy. Grubas z reklamówką zatankował, zaraz się przewróci. Dzieci skaczą i tańczą, bo mają wolne kręgosłupy, dzięki odbytej wcześniej gimnastyce. W końcu ostatnie znika za winklem, puszcza mu środkowy palec na pożegnanie. Przeciera oczy.

Na drzwiach piekarni napisano: zamknięte do odwołania, zapłakał, tym czasem przed drzwiami szewczyka waha się kobieca dłoń zaciśnięta w piąstkę, druga trzyma Kewina, głaszcze go po głowie, któremu z kieszeni wystaje chusteczka, Szewczyk Dratewka zmienia kanał, twarz świeci mu się na różne kolory, w jego portfelu brakuje 19,83 dolara, Prozepino żre makaron z serem, a na rynku wieszają piekarza za brak biletu, Kewin w kieszeni ma 72 dolary, mówi się, że bóg wrócił na swoje miejsce i wypełnia papiery adopcyjne.