A. m.

Słyszę muzykę rytualną, czyli do chaosu wprowadzany jest czas, czyli miejsce na ruch. Tak jak powtórzenie sygnalizuje upływ czasu, tak punkt nie obejmie tańca. Tańczą splątane kształty, hybrydy węży o głowach orłów. Orzeł wzbija się; jego dziób jest ostry jak kraniec świata, czyli dzieli twarz orła na dwie symetryczne połowy z kolorowych wstęg: fioletowych, granatowych i bordowych. Szpary oczodołów są tak zawzięte, że nie muszą patrzeć. Orzeł wzbija się, bym mógł zrozumieć dystans do zaklętego kręgu. Wąż zwija się w spirale i otwiera pysk, by mnie pożreć. I ostatnie, co czuję, to strach. Suknia jest jak oklapnięty kapelusz, dynamicznie przechylony. Wolałbym zajrzeć pod spód, ale tkana mozaika zatrzymuje skupienie, to mozaika grzybów, węży, orłów i szepczących wagin. Z ciemności wyłania się cień ciała, które tańczy. Płaszcz sukni jest nieruchomy, ale ręce zdecydowanym zamachnięciem stanowią orbitę. Ta sylwetka mnoży się w geometrii szyku po okręgu. Zamiast głów jest kolejna warstwa. Z lotu orła widzę, że całość jest jak bystre oko; obwódka tęczówki to tancerki bez głów, a dalej jest stos igieł jak gęsty las, którego korony układają się do środka. Środek wydaje się czarny i skoncentrowany, ale zniżam się i widzę tam usta, słodkie wciągające czerwone usta, nieme i drwiące: pokorne, gotowe milczeć lub kpiące.